Pasja nie zawsze przychodzi od razu – czasem rodzi się powoli, z każdym krokiem, każdym podejściem i każdym kolejnym szlakiem. Historia Oli, naszej Dyrektor Obszaru w Pionie Projektów i Low-Code Developmentu, pokazuje, że czasami warto dać sobie czas, bo prawdziwa pasja może czekać tam, gdzie kiedyś widzieliśmy tylko wysiłek i zmęczenie.
Koniecznie przeczytajcie jak wyglądała jej droga do miłości do gór!
Przez długi czas góry były dla mnie jedynie tłem do narciarskich przygód. Od szóstego roku życia zjeżdżałam na nartach i zupełnie nie rozumiałam, po co ktoś miałby wspinać się na szczyty, skoro można po prostu… wjechać i zjechać. Wydawało mi się to kompletnie bez sensu – tylko zmęczenie i pot na czole. Największym „osiągnięciem” w podstawówce było dla mnie dojście do Morskiego Oka – i wspominam to raczej jako walkę o przetrwanie niż górską przygodę. Dziś nie potrafię pojąć, jak mogłam kiedyś tak myśleć.
Wszystko zmieniło się w 2016 roku, kiedy zaczęłam jeździć w Karkonosze na trekkingi ze znajomymi. Te wyjazdy były dla mnie czymś więcej niż tylko aktywnością fizyczną – stały się ucieczką od codzienności, oddechem od miejskiego zgiełku. Szrenica, Śnieżka, Łabski Szczyt czy klimatyczna Samotnia – to właśnie one obudziły we mnie zupełnie nową miłość. Górska przestrzeń zaczęła dawać mi poczucie wolności i spokoju, a każdy kolejny krok w stronę szczytu – prawdziwą satysfakcję.





Rok później przyszła pora na Tatry – i to właśnie one całkowicie zawładnęły moim sercem. Ich potęga, surowe piękno i bezkresna przestrzeń budzą we mnie za każdym razem ten sam zachwyt. To już nie tylko ucieczka od codzienności – to głęboka potrzeba bycia tam, gdzie czas płynie inaczej. Moment, kiedy stajesz na szczycie, siadasz na kamieniu z kanapką w ręku i patrzysz przed siebie… To właśnie wtedy świat cichnie. Myśli płyną wolniej, a Ty jesteś tylko tu i teraz – w pełni obecna, wolna, spokojna. To uczucie, którego nie da się porównać z niczym innym.




Z czasem przyszedł pomysł na coś więcej. Zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem: „A może Kilimandżaro? Przecież tam podobno ludzie na wózkach wjeżdżają!” – no to… czemu nie? Po krótkim namyśle podjęłyśmy decyzję. Zaczęło się kompletowanie sprzętu, lekkie przygotowania w Tatrach, aż w końcu – zanim zdążyłam się nad tym wszystkim porządnie zastanowić – wylądowałam w Afryce. To był mój pierwszy kilkudniowy trekking z noclegami pod namiotami. Może nie wymagał technicznie zbyt wiele, ale warunki dały w kość: zimne noce, podczas których temperatura spadała grubo poniżej zera, i coraz bardziej odczuwalna wysokość. 1 października 2019 roku stanęłam na dachu Afryki. I to było coś! Satysfakcja nie do opisania – nie tylko z samego wejścia, ale z tego, że pokonałam własne słabości i lęki. Ten moment zmienił we mnie wiele!




W kolejnych latach trekkingi stały się już stałym elementem mojego życia, na które niecierpliwie czekałam. Coraz częściej decydowałam się na dłuższe, bardziej wymagające wyprawy. Jednym z niezapomnianych doświadczeń były Góry Tienszan w Kirgistanie – dzikie, majestatyczne, niemal puste szlaki, na których przez wiele godzin nie spotykało się żywej duszy. Jedną noc spędziłam nad bajecznie turkusowym jeziorem Ala Kul – to miejsce wyglądało jak z innego świata. A do tego… najdroższe piwo w moim życiu, kupione u lokalnej babuszki. Smak ? Niezapomniany! Tam, na wysokości kilku tysięcy metrów, wszystko smakuje inaczej. Lepiej. Mocniej. Prawdziwiej.






Jeden z najbardziej surowych i dzikich szlaków północy Arctic Circle Trail na Grenlandii to był mój pierwszy raz z całym dobytkiem niesionym na plecach – 20 kilogramów sprzętu, jedzenia i wszystkiego, co niezbędne, by przetrwać w kompletnej izolacji od cywilizacji. 165 kilometrów pokonanych w ciągu dziewięciu dni – bez sklepów, zasięgu, czy możliwości uzupełnienia zapasów. Szlak prowadził przez bezkresne mokradła, a nie – jak mogłoby się wydawać – po lądolodzie. Suchą stopą nie dało się dotrzeć do celu, a wilgoć towarzyszyła na każdym kroku. Ten wyjazd nauczył mnie wytrwałości i skutecznie zniechęcił do liofilizatów, zwłaszcza do farfalli ze szpinakiem. Ale dzikość natury wynagradzała wszystkie trudy tego wyjazdu.





Miniony rok przyniósł wyprawę, którą do dziś uważam za jedną z ciekawszych – Alaska. Wyprawa, która pozwoliła poznać naturalne piękno tego kraju, historię oraz dziewiczą przyrodę. Surowa, dzika i jednocześnie oszałamiająco piękna. To był mój osobisty top of the top – podróż, która pozwoliła nie tylko zobaczyć nieskażoną przyrodę, ale i poczuć ducha tej krainy: jej historię, bezkres przestrzeni oraz nieprzewidywalność natury. Spływ kajakowy aż pod czoło lodowca, wędrówki po górskich szlakach, noclegi w dziczy – Alaska pokazała mi swoje różne oblicza. Jednym z najbardziej niezwykłych momentów była noc spędzona na campingu przy słynnym Brooks Falls. To właśnie tam miałem okazję obserwować z bliska niedźwiedzie brunatne, które czekały przy wodospadzie na przypływ łososi. Alaska na długo zostanie w mojej pamięci jako miejsce, które po raz kolejny uświadomiło mi, że to właśnie w dzikich, trudno dostępnych zakątkach świata odnajduję prawdziwą wolność i sens wędrówki.







Zainspirowana wcześniejszymi wyprawami po bezkresnych przestrzeniach Alaski, w tym roku postawiłam na kolejne górskie wyzwanie – Góry Skaliste Kanady. Kanadyjskie parki narodowe urzekły mnie swoją różnorodnością. Waterton Lakes zachwycił czerwonymi kanionami i kontrastującymi z nimi turkusowymi jeziorami. Niezapomnianym przeżyciem był lot helikopterem do bazy pod Mount Assiniboine – majestatycznym szczytem, często nazywanym „Matterhornem Kanadyjskich Gór Skalistych”. Natura nie pozwalała zapomnieć, kto tu rządzi – kolejne spotkanie z niedźwiedziem, tym razem na lokalnym polu namiotowym, przypomniało mi o kruchym balansie między człowiekiem a dziką przyrodą. Ta wyprawa była kolejnym dowodem na to, że góry nieustannie potrafią zaskakiwać, zachwycać i uczyć pokory. Co dalej? Wszystko wskazuje na to, że nadszedł czas, by ruszyć jeszcze dalej – ku Ameryce Południowej i górskim bezdrożom Boliwii.








